Ból wewnętrzny.

Czujesz go. Mocno. I coraz bardziej. Nie wiem o co chodzi aż w końcu jedna kropka łączy się z drugą, w głowie, zupełnie nispodziewanie i już wiesz. Wiesz, że głęboko boli Cię brak bliskości. Fizycznej. Trzymania za rękę, delikatnego szmyrania, głaskania, patrzenia w oczu, oddechu, miziania po dłoni. Tak niewiele, a jednak tak trudno bez tego żyć. Jak bez wody, bez jedzenia. Trudno tu żyć.

Wieczna singielka.

W takie wieczory jak dziś. Gdy nie mogę zasnąć – często nachodzą mnie myśli o schematach życiowych. Dom. Mąż. Partner. Rodzina. Dziecko. Mam 27 lat i nigdy nie byłam w poważnym związku. Zawsze zastanawiałam się jak to jest, że nie czuje nawet takiej potrzeby. Czy to przez to co w życiu mnie spotkało? Czy to przez to, że od malucha napatrzyłam się na „związki”. Pojawiają się myśli co ze mną jest nie tak? Ale kiedy wszystki dziewczyny przeżywały swoje pierwsze miłości ja przeżywałam ogromny wstyd związany z ojcem alkoholikiem. I marzyłam, aby nikt nigdy się o tym nie dowiedział.

Kiedy wrzucam na luz i wypuszczam głowe ze schamatów zwiąków kobieta + meżczyzna to jedyna możliwość zaczynam zauważać, że to kobiety kojarzą mi się ze stabilościa, ciepłem i bliskością, której od mężczyzn nigdy nie odtrzymałam i nigdy nie poczułam. Pierwszy raz zadaje sobie to pytanie „na głos”. Czy może być tak, że interesują mnie kobiety? Czuję niepewność i strach, bo nie rozumiem tego co czuję. I czuję się jeszcze bardziej zagubiona i samotna. Wtuliła bym się w zaufanę ramię i zaczęła bym płakać. Tak po prostu.

Zakochałam się…w rowerze :)

Jak się okazało, zakup rowera to był strzał w 10! W sumie nic się nie zmieniło. Dalej pracuję w tym miejscu, choć w ostatnim czasie zmieniła się manager. Jest to dla mnie ogromne przeżycie, bo z poprzednią budowałam moje miejsce pracy praktycznie od zera. Kiedy trafiłam na rozmowę rekrutacyjną i zobaczyłam ją na żywo to zobaczyłam przed sobą bardzo szczupła kobietę, zadbaną w czerwonych szpilach.

Pomyślałam wtedy, że współpraca z nią będzie cholernie trudna. Wrzuciłam ją do worka ładna = głupia. I była to dla mnie gigantyczna lekcja pokory, bo jak się okazało, choć charakterna, to została moją mentorką. Człowiekiem, który był dla mnie wzorem i przykadem, że warto walczyć o swoje, iść swoją drogą i totalnie nie przejmować się tym co mówią ludzie, bo jak to ona mówiła – ludzie zawsze będą gadać. Nauczyła mmie tego, że warto być ambitnym i ciężko pracować choć 90% zespołu ma dużo rzeczy w dupie i ciśnie przez życie po najmniejszej lini oporu.

Była pierwszą osobą, która dowiedziała się o moim życiu prywatnym i trzymała za mnie kciuki kiedy jeździłam na terapię. Choć mieszka odemnie 40km to cały czas łudzę się, że kontakt z nią się nie urwie, bo stała się dla mnie ważną osobą, która dużo rozumie.

A wracając do rowera – jak pewnie pamiętacie, nie zawsze potrafię poradzić sobie z emocjami czy o nich mówić, a rower wyciąga ze mnie to co mnie boli i jest dla mnoe trudne i po przejechaniu 30km robi się od razu jakoś tak lepiej.

I mam farta docodnajdowania takich miejsc ukrytych w środku lasu!

Siedzę i myślę.

Siedzę i patrzę na góry i myślę o tych wszystkich moich momentach i tych blokadach, które przez tyle lat nie pozwalały mi ruszyć się z miejsca. Siedzę i myślę jak daleką drogę przeszłam ile musiałam zrobić, aby dotrzeć do takiego etapu, że biorę urlop na tydzień, pakuje plecak, robię szybką rezerwację miejscówki, wsiadam w pociąg i jadę same ze sobą.

Ale w ostatnim czasie zauważyłam w sobie bardzo dziwne objawy zazdrości. Słuchając od bliskiej mi osoby, opowieści jak bardzo jej jest szkoda tej czy tamtej, bo nie ma charakteru, żeby postawić się innym, bo jest w sumie bedna, bo w sumie szkoda jej bo jest podatna na gadanie wszystkich dookoła, bo nie potrafi iść swoją drogą, bo nie radzi sobie z emocjami. I chyba to dziwne, ale pagnę tego aby ktoś tak głośno i z takim przejęciem dostrzegł moją drogą. Tą gigantyczną, którą przeszłam sama w sobie. Dlaczego tak bardzo ludzi dostrzegają tych, którzy robią źle rzeczy, nie radzą sobie z emocjami i nie podejmują żadnych działań aby sobie z nimi poradzić. Nie robią nic, aby choć odrobine poprawić komfort swojego życia. Czy to pycha czy egoizm we mnie zaistniał. Czuję się niewidoczna. W tym całym otoczeniu ludzi, którzy obgaduja- a dostają usprawiedliwienie -” bo przecież w sumie szkoda bo nie ma jaj żeby myśleć po swojemu”, krzyczą, są agresywni – „bo w sumie szkoda ich, bo nie radzą sobie z emocjami”. W momencie gdy Ty poradzisz sobie z demonem w środku, agresją, szukaniem ulgi w alkoholu, krzyczeniem, kiedy skupiasz się na sobie, a zainteresowanie życiem innych – kto z kim i po co – przestaje być interesujące nagle granice tolerancji i wyrozumiałości na zachowanie innych bardzo mocno się przesuwają. Bo wiesz, że jeśli uparcie szukasz rozwiązania swojego problemu, uczysz się pokory, idziesz na terapie to wiesz, że wiele demonów można okiełznać. Pamiętam siebie i swoją głowę, która usprawiedliwiała wszystkie złe zachowania wobec innych, bo trudne dzieciństwo, bo mogę. Piękny jest ten moment, kiedy dociera do mnie, że nic nie może usprawiedliwić mojego zachowania. Owszem mogę mieć mankamenty, mogę mieć słabości i gorsze dni, ale nie mogę ignorować wewnętrznych demonów.

Jak moja depresja? Ostatni czas był bardzo trudny. Gigantyczny kryzys w pracy, który spowodował chęć zwolnienia z dni na dzień. Lecz sympatia i relacja z moją menager wzięła góre i tego nie zrobiłam, ale otworzyłam sobie tym drogę do rozmów o nowych, lepszych warunkach pracy i pozbycie się obowiązków, których nie znoszę. Stany lękowe mają swoje rzuty. Raz jestem spokojna, a innym razem śpie przy zapalonym świetle, z czymś czym będę mogła się bronić w razie ataku. Czemu moje gigantyczne stany lękowe powróciły?

W maju minął rok od najtrudniejszego wydarzenia w moim życiu. Po tym czasie zaczęłam czuć się jeszcze gorzej niż po samym wydarzeniu. Strach przed tym że ktoś może dowiedzieć się co stało się tamtego wieczoru jest tak duży, że w nocy śnią mi się koszmary, w których on krzyczy do wszystkich: „Ona nie chcę żebyście dowiedzieli się, że jestem zboczeńcem i co jej zrobiłem.” Z ty uśmiechem na twarzy, który był obecny kolejnego dnia po tym wszystkim co się stało. A blokada przed nowych psychologiem jest tak gigantyczna, że na samą myśl o tym że mam do niej zadzwonić robi i się słabo, a serce bije jak szalone.

Co z tego wszystkiego wyniknie. Nie wiem.

Jak narazie wdycham górskie powietrze i słucham jak cykają świerszcze na górskich łąkach.

Jak się macie dziewczyny?

To już rok.

Kilka dni temu minął rok od najgorsze wydarzenia w moim życiu. Wydawało mi się, że po takim czasie emocje opadną i wybacze sobie to, że przez mój błąd przeżyłam gwałt. Codziennie analizuje to co mogłam zrobić, aby to się nie stało. Co mogłam zrobić, aby przerwać to co wtedy się wydarzyło. Próbuje zrozumieć dlaczego nie krzyknęłam, dlaczego nie uciekłam. Codziennie czuje strach z taką samą siłą jaką poczułam go gdy on położył się na mnie a ja – choć próbowałam go z siebie zwalić – nie dałam rady. Pamiętam jak swoje dłonie oparłam o jego barki i próbowałam go unieść – czuje codziennie tą bezsilność, którą poczułam gdy moje ręce chcące uwolnić się od jego ciała ugięły się kilkakrotnie pod jego ciężarem.

I to chyba już czas wrócić na terapie. Opowiedzieć o tym co boli i w końcu po prostu się wypłakać i przestać się bać oceny, a po prostu poszukać pomocy.

Depresja znowu dopadła, z dnia na dzień tracę sens życia, czuję coraz większa pustkę i ochotę aby spakować plecak i bez słowa pożegnania ucieć gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie.

Pojawiła się w moim życiu moja bratnia dusza. Osoba, która się o mnie troszczy, wspiera, rozmawia, rozumie, dla której czuje się ważna. A ja? A ja czuje coraz większą, toksyczną zazdrość, o to że rozmawia z kimś innym a nie ze mną. Że zadzwoniła do kogoś innego, nie do mnie. Cholernie, stare, kurwa toksyczne schematy. Dlaczego?

Brukselka – najgorsze dziecko na świecie.

Poprzedni, lakoniczny wpis „koniec” oznaczał tylko jedno. Koniec terapii. Zakończyłam ją w najgorszy możliwy sposób, w swoim, parszywym stylu. Odeszłam bez słowa. Od dłuższego czasu nie mogłam nic konkretnego na spotkaniach powiedzieć. Im bardziej chciałam, tym bardziej się stresowałam i jedyne co towarzyszyło mi w ostatnich miesiącach terapii było milczenie.

Od początku roku wzięłam się za siebie z przytupem. Zaczęłam trenować z trenerką personalną, przestałam zajadać emocję jedzeniem, a przedewszystkim chipsami, czekoladą i innymi słodyczami. Pojechałam SAMA! w ukochane góry, w których spędziłam 4 przecudowne dni. Zrobiłam tatuaż. Unormowała się sytuacja z tarczycą i Haschimoto. Zaczęłam studia. Ale w tym wszystkim nadal czuję się źle. Czuję się tu cholernie samotna. Ojciec chleje i choć nie utrzymuje z nim żadnego kontaktu to nie sposób nie słyszeć rozmów w domu o tym jak stoczył się na same dno, jaką trzodę robi po pijaku i o tym że źle to się skonczy jeśli nie ogarnie picia, skończy się w najgorszy możliwy sposób. I choć odsunęłam się od wszystkich bolesnych spraw i od niego samego właśnie po to aby nie czuć wstydu za jego zachowanie, aby nie tkwić w tym alkoholowym życiu, nie słuchać jego bełkotu, użalania się nad sobą i słuchania zwalania winy za wszystko na wszystkich, za wszystko. Nie chciałam już słuchać bolesnych słów, o tym jacy jesteśmy okrutni, a jaki on biedny. Bać się, że tym razem znowu wpadnie w alkoholowym szał. Odcięłam się. Ale mieszkam z ludźmi, którzy nadal spędzają z nim czas i uczestniczą w jego alkoholowych ekscesach. Moja mama i rodzeństwo. Słucham ich opowieści jak się nachlał i awanturował się z obcymi ludźmi na ulicy, jak znowu sobie coś wkręcił i nawyzywał wszystkich dookoła. Jak niewiedział gdzie jest. Jak wypił pół butelki alkoholu z gwinta. Ciągle tego słucham. Albo go oglądam, gdy brat robi alko spotkanie z ojcem, który kiedyś go katował. Wraca. Przychodzi. Jak by nigdy nic się nie stało.

Mam pierwszy, gigantyczny zjazd emocjonalny od ponad 3 miesięcy. Dzieje się coś we mnie, czego nie potrafię opisać, zrozumieć. Nie wiem jak sobie z tym poradzić. Znowu nie mogę spać. Wszystko mnie drażni. A z mamą nie potrafię już normalnie rozmawiać. Krzyczę. Krzyczę na nią, krzyczę do niej. Chyba wygrywam konkurs na najgorsze dziecko. Może boli to że nie widzi tego że nie chcę kontaktu z ojcem, a ona jak gdyby nigdy nic ciągle go ściąga do naszego domu. Wie że pije i że znowu się napije, ale zawsze słyszę: przyjdź, chodź, przyjedź, zostań. To jej dom. Mnie w nim nie ma. Mamo on się nie zmieni.

Chyba mi źle z tym, że jestem dla niej taka okrutna, że krzyczę, ale nie mogę inaczej. Moje emocje. Jak wulkan. Jej głos drażni. Jej pytania drażnią. Jej zainteresowanie drażni. Jej ciekawość drażni.

Święta tuż, tuż. Sztuczne uśmiechy, sztuczna rodzina. Ojciec będzie? Cudownie. Wyjść z domu? Czy zostać wbrew sobie, bo to święta wypadało by być miłym. Umrę przez to. Dlaczego mamo nie rozumiesz, że bycie rodziną to coś więcej. To nie tylko geny.

Gdy się od Was odcięłam i przestałam słuchać tego co wypada a co nie. Mielić w głowie to czego odemnie oczekujecie i że muszę te oczekiwania spełnić, poczułam wolność i spokój w sercu. Jestem okrutna. I nie potrafię docenić tego co dla mnie robisz, bo nawet gotując obiad pokazujesz jak bardzo masz w dupie to co do Ciebie mówi. I jak bardzo jest dla Ciebie nieważne, że dbając o swoje zdrowie muszę zrezygnować z niektórych rzeczy spożywczych. Kiedy Ci tłumaczyłam, że muszę przestać jeść słodycze, bo złe wyniki doprowadzą do udaru lub zawału serca jeszcze przed 30. choć wiedziałaś że to trudne, proponowałaś mi 10 razy dziennie czekoladę, ciastko, ciasto i cukierka. Dlaczego mamo. Dlaczego mamo mnie nie słyszysz. Umarło coś i nigdy już tego nie będzie. Nie chcę z Tobą rozmawiać, bo mnie nie słyszysz, a to boli. Bardzo boli. Krzyczę, bo już nie mogę wytrzymać mamo z tego bólu.

Moja dziecięca nadzieja, że jeszcze będzie normalnie umiera. Bardzo boleśnie.

Gdzie znaleźć ulgę.

Nowy Rok – stara ja.

Terapia oficjalnie zakończona. Moja decyzja. Nie szło to w dobrą stronę. Przeciągające się milczenie i stres, który temu towarzyszył był nie do przejście. Zapadła się gdzieś w sobie. Zamknęłam się, a milczenie mojej psycholog w niczym mi nie pomagało. Być może to o to w tym wszystkim chodzi. W mówieniu – ale nie wszystkich dookoła – a moim. Odeszłam bez rozmowy, bez tłumaczenia się, bez słowa. W moim stylu. Po prostu znikłam. Psycholog zadzwoniła 2 razy, zostawiła wiadomość sms, prosi o pilny kontakt. Brak reakcji z mojej strony. Kolejny sms, że nie może trzymać dla mnie dłużej miejsca.

Po tak długim czasie spokoju, wracając z do domu z pracy, mijając na schodach pijanego ojca i brata – wiedziałam, że coś musiało się stać. Co zobaczę za drzwiami, Czy wszyscy są cali. Czy zobaczę krew. Łzy. Zobaczyłam. Zapłakaną siostrę, płaczącego i wystraszonego 6 – letniego siostrzeńca. Ojciec się nachlał i zirytował się tym, że młody nie chciał iść spać. Buntował się jak to dziecko. Wpadł do pokoju mojej siostry, złapał młodego za ubranie i próbował wyciągnąć. Moja siostra rzuciła się na niego, a ten rozdarł jej koszulkę, gdy próbował się od niej uwolnić. Podobno dostała w twarz. Pękło mi serce, a nadzieja, że może kiedyś będzie jeszcze normalnie – tak  nadal ją miewałam- umarła śmiercią tragiczną.

Jeżdżenie do psychologa i opowiadanie o tym co się dzieje w domu i jak się w związku z tym czuje przestało mieć dla mnie jakikolwiek sens. A może właśnie to ma sens – mówienie – tylko go jeszcze nie odnalazłam.

Okryłam przez przypadek, że mam Haschimoto i niedoczynność tarczycy. Zaczynam treningi od poniedziałku, jestem umówiona z trenerką na pierwsze spotkanie.

Śni mi się to co stało się jakiś czas temu. Słyszę jego głos. I nadal nie potrafię zrozumieć jak do tego dopuściła. Dlaczego się nie broniłam. Podczas jednej z ostatnich rozmów psycholog mnie zapytała czy jestem na siebie zła. Tak, jestem. Nie mogę sobie tego wybaczyć. To tak jakby zawsze wracając np. z pracy, skręcamy w prawo, bo wiemy że ta droga jest bezpieczne i nic złego nam się nie stanie, ale przychodzi dzień, gdy „coś” nas tknie i zamiast skręcić idziemy prosto. I idąc tą drogą spotyka nas coś złego. Pozostaje złość na siebie, po co ja tam poszłam, przecież zawsze szłam swoją drogą. Po co.

Wybory.

Przychodzi taki czas, że trzeba zastanowić się czy to na co poświęca się dużo czasu i emocji ma jeszcze w ogóle jakikolwiek sens. Terapia. To ona, ponad dwa lata temu, stała się moim priorytetem, ale czas już ją zakończyć. Od bardzo dawna utknęłam na etapie milczenia, a przez ostatnie 4 miesiące na terapii byłam tylko raz.

Czuje, że to czas gdy trzeba odpuścić, a z drugiej strony jest mi tak cholernie smutno.

Nie mogę przełamać dystansu i bariery, która jest między mną a moją psycholog. Moje milczenie powoduje jej milczenie, a stres jaki towarzyszy tym podczas ciszy jest niewyobrażalny. Utknęłam, w jakimś dziwnym miejscu, z którego nie mogę się ruszyć.

Mam wrażenie, że im więcej się dzieje tym bardziej nie chcę rozmawiać. Do mojego domu powróć ojciec. Nie na stałe. Na weekendy. Ale widok nietrzeźwych „zwłok zwanych „ojcem” po tak długim czasie nadziei, że to nigdy więcej się już nie powtórzy wywołuje tyle żalu, bólu i złości, że nie chcę nawet o tym rozmawiać, a z psycholog tym bardziej. „Co Pani czuje?” to chyba najbardziej wkurwiające pytanie na terapii, ale cholernie ważne, bo zagnieżdża się gdzieś w głowie i w codziennym życiu staje się normą, pytaniem które zadaje sobie sama w różnych momentach, a którego nie potrafiłam zadać sobie nigdy wcześniej. Było co mama czuje, co ojciec czuję, co wszyscy czują. Nigdy nie było miejsca na pytanie samej siebie a co ja czuje. A teraz jest priorytetem.

Nauka myślenia o sobie jako kimś wartym uwagi i najważniejszej istocie w swoim życiu to było coś co pozwoliło uporać się z wieloma problemami. Ale przedemną jeszcze wiele nauki, dużo muszę zrozumieć i jeszcze więcej skbie odpuścić.

Myślę że zmiana terapeuty to dobry pomysł. Tylko jak o tym powiedzieć osobie która pod dwa lata była przy mnie i mnie w najlepszy sposób jaki mogła wspierała. Która chcę mi po prostu pomóc.