Siedzę i myślę.

Siedzę i patrzę na góry i myślę o tych wszystkich moich momentach i tych blokadach, które przez tyle lat nie pozwalały mi ruszyć się z miejsca. Siedzę i myślę jak daleką drogę przeszłam ile musiałam zrobić, aby dotrzeć do takiego etapu, że biorę urlop na tydzień, pakuje plecak, robię szybką rezerwację miejscówki, wsiadam w pociąg i jadę same ze sobą.

Ale w ostatnim czasie zauważyłam w sobie bardzo dziwne objawy zazdrości. Słuchając od bliskiej mi osoby, opowieści jak bardzo jej jest szkoda tej czy tamtej, bo nie ma charakteru, żeby postawić się innym, bo jest w sumie bedna, bo w sumie szkoda jej bo jest podatna na gadanie wszystkich dookoła, bo nie potrafi iść swoją drogą, bo nie radzi sobie z emocjami. I chyba to dziwne, ale pagnę tego aby ktoś tak głośno i z takim przejęciem dostrzegł moją drogą. Tą gigantyczną, którą przeszłam sama w sobie. Dlaczego tak bardzo ludzi dostrzegają tych, którzy robią źle rzeczy, nie radzą sobie z emocjami i nie podejmują żadnych działań aby sobie z nimi poradzić. Nie robią nic, aby choć odrobine poprawić komfort swojego życia. Czy to pycha czy egoizm we mnie zaistniał. Czuję się niewidoczna. W tym całym otoczeniu ludzi, którzy obgaduja- a dostają usprawiedliwienie -” bo przecież w sumie szkoda bo nie ma jaj żeby myśleć po swojemu”, krzyczą, są agresywni – „bo w sumie szkoda ich, bo nie radzą sobie z emocjami”. W momencie gdy Ty poradzisz sobie z demonem w środku, agresją, szukaniem ulgi w alkoholu, krzyczeniem, kiedy skupiasz się na sobie, a zainteresowanie życiem innych – kto z kim i po co – przestaje być interesujące nagle granice tolerancji i wyrozumiałości na zachowanie innych bardzo mocno się przesuwają. Bo wiesz, że jeśli uparcie szukasz rozwiązania swojego problemu, uczysz się pokory, idziesz na terapie to wiesz, że wiele demonów można okiełznać. Pamiętam siebie i swoją głowę, która usprawiedliwiała wszystkie złe zachowania wobec innych, bo trudne dzieciństwo, bo mogę. Piękny jest ten moment, kiedy dociera do mnie, że nic nie może usprawiedliwić mojego zachowania. Owszem mogę mieć mankamenty, mogę mieć słabości i gorsze dni, ale nie mogę ignorować wewnętrznych demonów.

Jak moja depresja? Ostatni czas był bardzo trudny. Gigantyczny kryzys w pracy, który spowodował chęć zwolnienia z dni na dzień. Lecz sympatia i relacja z moją menager wzięła góre i tego nie zrobiłam, ale otworzyłam sobie tym drogę do rozmów o nowych, lepszych warunkach pracy i pozbycie się obowiązków, których nie znoszę. Stany lękowe mają swoje rzuty. Raz jestem spokojna, a innym razem śpie przy zapalonym świetle, z czymś czym będę mogła się bronić w razie ataku. Czemu moje gigantyczne stany lękowe powróciły?

W maju minął rok od najtrudniejszego wydarzenia w moim życiu. Po tym czasie zaczęłam czuć się jeszcze gorzej niż po samym wydarzeniu. Strach przed tym że ktoś może dowiedzieć się co stało się tamtego wieczoru jest tak duży, że w nocy śnią mi się koszmary, w których on krzyczy do wszystkich: „Ona nie chcę żebyście dowiedzieli się, że jestem zboczeńcem i co jej zrobiłem.” Z ty uśmiechem na twarzy, który był obecny kolejnego dnia po tym wszystkim co się stało. A blokada przed nowych psychologiem jest tak gigantyczna, że na samą myśl o tym że mam do niej zadzwonić robi i się słabo, a serce bije jak szalone.

Co z tego wszystkiego wyniknie. Nie wiem.

Jak narazie wdycham górskie powietrze i słucham jak cykają świerszcze na górskich łąkach.

Jak się macie dziewczyny?

To już rok.

Kilka dni temu minął rok od najgorsze wydarzenia w moim życiu. Wydawało mi się, że po takim czasie emocje opadną i wybacze sobie to, że przez mój błąd przeżyłam gwałt. Codziennie analizuje to co mogłam zrobić, aby to się nie stało. Co mogłam zrobić, aby przerwać to co wtedy się wydarzyło. Próbuje zrozumieć dlaczego nie krzyknęłam, dlaczego nie uciekłam. Codziennie czuje strach z taką samą siłą jaką poczułam go gdy on położył się na mnie a ja – choć próbowałam go z siebie zwalić – nie dałam rady. Pamiętam jak swoje dłonie oparłam o jego barki i próbowałam go unieść – czuje codziennie tą bezsilność, którą poczułam gdy moje ręce chcące uwolnić się od jego ciała ugięły się kilkakrotnie pod jego ciężarem.

I to chyba już czas wrócić na terapie. Opowiedzieć o tym co boli i w końcu po prostu się wypłakać i przestać się bać oceny, a po prostu poszukać pomocy.

Depresja znowu dopadła, z dnia na dzień tracę sens życia, czuję coraz większa pustkę i ochotę aby spakować plecak i bez słowa pożegnania ucieć gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie.

Pojawiła się w moim życiu moja bratnia dusza. Osoba, która się o mnie troszczy, wspiera, rozmawia, rozumie, dla której czuje się ważna. A ja? A ja czuje coraz większą, toksyczną zazdrość, o to że rozmawia z kimś innym a nie ze mną. Że zadzwoniła do kogoś innego, nie do mnie. Cholernie, stare, kurwa toksyczne schematy. Dlaczego?

Brukselka – najgorsze dziecko na świecie.

Poprzedni, lakoniczny wpis „koniec” oznaczał tylko jedno. Koniec terapii. Zakończyłam ją w najgorszy możliwy sposób, w swoim, parszywym stylu. Odeszłam bez słowa. Od dłuższego czasu nie mogłam nic konkretnego na spotkaniach powiedzieć. Im bardziej chciałam, tym bardziej się stresowałam i jedyne co towarzyszyło mi w ostatnich miesiącach terapii było milczenie.

Od początku roku wzięłam się za siebie z przytupem. Zaczęłam trenować z trenerką personalną, przestałam zajadać emocję jedzeniem, a przedewszystkim chipsami, czekoladą i innymi słodyczami. Pojechałam SAMA! w ukochane góry, w których spędziłam 4 przecudowne dni. Zrobiłam tatuaż. Unormowała się sytuacja z tarczycą i Haschimoto. Zaczęłam studia. Ale w tym wszystkim nadal czuję się źle. Czuję się tu cholernie samotna. Ojciec chleje i choć nie utrzymuje z nim żadnego kontaktu to nie sposób nie słyszeć rozmów w domu o tym jak stoczył się na same dno, jaką trzodę robi po pijaku i o tym że źle to się skonczy jeśli nie ogarnie picia, skończy się w najgorszy możliwy sposób. I choć odsunęłam się od wszystkich bolesnych spraw i od niego samego właśnie po to aby nie czuć wstydu za jego zachowanie, aby nie tkwić w tym alkoholowym życiu, nie słuchać jego bełkotu, użalania się nad sobą i słuchania zwalania winy za wszystko na wszystkich, za wszystko. Nie chciałam już słuchać bolesnych słów, o tym jacy jesteśmy okrutni, a jaki on biedny. Bać się, że tym razem znowu wpadnie w alkoholowym szał. Odcięłam się. Ale mieszkam z ludźmi, którzy nadal spędzają z nim czas i uczestniczą w jego alkoholowych ekscesach. Moja mama i rodzeństwo. Słucham ich opowieści jak się nachlał i awanturował się z obcymi ludźmi na ulicy, jak znowu sobie coś wkręcił i nawyzywał wszystkich dookoła. Jak niewiedział gdzie jest. Jak wypił pół butelki alkoholu z gwinta. Ciągle tego słucham. Albo go oglądam, gdy brat robi alko spotkanie z ojcem, który kiedyś go katował. Wraca. Przychodzi. Jak by nigdy nic się nie stało.

Mam pierwszy, gigantyczny zjazd emocjonalny od ponad 3 miesięcy. Dzieje się coś we mnie, czego nie potrafię opisać, zrozumieć. Nie wiem jak sobie z tym poradzić. Znowu nie mogę spać. Wszystko mnie drażni. A z mamą nie potrafię już normalnie rozmawiać. Krzyczę. Krzyczę na nią, krzyczę do niej. Chyba wygrywam konkurs na najgorsze dziecko. Może boli to że nie widzi tego że nie chcę kontaktu z ojcem, a ona jak gdyby nigdy nic ciągle go ściąga do naszego domu. Wie że pije i że znowu się napije, ale zawsze słyszę: przyjdź, chodź, przyjedź, zostań. To jej dom. Mnie w nim nie ma. Mamo on się nie zmieni.

Chyba mi źle z tym, że jestem dla niej taka okrutna, że krzyczę, ale nie mogę inaczej. Moje emocje. Jak wulkan. Jej głos drażni. Jej pytania drażnią. Jej zainteresowanie drażni. Jej ciekawość drażni.

Święta tuż, tuż. Sztuczne uśmiechy, sztuczna rodzina. Ojciec będzie? Cudownie. Wyjść z domu? Czy zostać wbrew sobie, bo to święta wypadało by być miłym. Umrę przez to. Dlaczego mamo nie rozumiesz, że bycie rodziną to coś więcej. To nie tylko geny.

Gdy się od Was odcięłam i przestałam słuchać tego co wypada a co nie. Mielić w głowie to czego odemnie oczekujecie i że muszę te oczekiwania spełnić, poczułam wolność i spokój w sercu. Jestem okrutna. I nie potrafię docenić tego co dla mnie robisz, bo nawet gotując obiad pokazujesz jak bardzo masz w dupie to co do Ciebie mówi. I jak bardzo jest dla Ciebie nieważne, że dbając o swoje zdrowie muszę zrezygnować z niektórych rzeczy spożywczych. Kiedy Ci tłumaczyłam, że muszę przestać jeść słodycze, bo złe wyniki doprowadzą do udaru lub zawału serca jeszcze przed 30. choć wiedziałaś że to trudne, proponowałaś mi 10 razy dziennie czekoladę, ciastko, ciasto i cukierka. Dlaczego mamo. Dlaczego mamo mnie nie słyszysz. Umarło coś i nigdy już tego nie będzie. Nie chcę z Tobą rozmawiać, bo mnie nie słyszysz, a to boli. Bardzo boli. Krzyczę, bo już nie mogę wytrzymać mamo z tego bólu.

Moja dziecięca nadzieja, że jeszcze będzie normalnie umiera. Bardzo boleśnie.

Gdzie znaleźć ulgę.

Nowy Rok – stara ja.

Terapia oficjalnie zakończona. Moja decyzja. Nie szło to w dobrą stronę. Przeciągające się milczenie i stres, który temu towarzyszył był nie do przejście. Zapadła się gdzieś w sobie. Zamknęłam się, a milczenie mojej psycholog w niczym mi nie pomagało. Być może to o to w tym wszystkim chodzi. W mówieniu – ale nie wszystkich dookoła – a moim. Odeszłam bez rozmowy, bez tłumaczenia się, bez słowa. W moim stylu. Po prostu znikłam. Psycholog zadzwoniła 2 razy, zostawiła wiadomość sms, prosi o pilny kontakt. Brak reakcji z mojej strony. Kolejny sms, że nie może trzymać dla mnie dłużej miejsca.

Po tak długim czasie spokoju, wracając z do domu z pracy, mijając na schodach pijanego ojca i brata – wiedziałam, że coś musiało się stać. Co zobaczę za drzwiami, Czy wszyscy są cali. Czy zobaczę krew. Łzy. Zobaczyłam. Zapłakaną siostrę, płaczącego i wystraszonego 6 – letniego siostrzeńca. Ojciec się nachlał i zirytował się tym, że młody nie chciał iść spać. Buntował się jak to dziecko. Wpadł do pokoju mojej siostry, złapał młodego za ubranie i próbował wyciągnąć. Moja siostra rzuciła się na niego, a ten rozdarł jej koszulkę, gdy próbował się od niej uwolnić. Podobno dostała w twarz. Pękło mi serce, a nadzieja, że może kiedyś będzie jeszcze normalnie – tak  nadal ją miewałam- umarła śmiercią tragiczną.

Jeżdżenie do psychologa i opowiadanie o tym co się dzieje w domu i jak się w związku z tym czuje przestało mieć dla mnie jakikolwiek sens. A może właśnie to ma sens – mówienie – tylko go jeszcze nie odnalazłam.

Okryłam przez przypadek, że mam Haschimoto i niedoczynność tarczycy. Zaczynam treningi od poniedziałku, jestem umówiona z trenerką na pierwsze spotkanie.

Śni mi się to co stało się jakiś czas temu. Słyszę jego głos. I nadal nie potrafię zrozumieć jak do tego dopuściła. Dlaczego się nie broniłam. Podczas jednej z ostatnich rozmów psycholog mnie zapytała czy jestem na siebie zła. Tak, jestem. Nie mogę sobie tego wybaczyć. To tak jakby zawsze wracając np. z pracy, skręcamy w prawo, bo wiemy że ta droga jest bezpieczne i nic złego nam się nie stanie, ale przychodzi dzień, gdy „coś” nas tknie i zamiast skręcić idziemy prosto. I idąc tą drogą spotyka nas coś złego. Pozostaje złość na siebie, po co ja tam poszłam, przecież zawsze szłam swoją drogą. Po co.

Wybory.

Przychodzi taki czas, że trzeba zastanowić się czy to na co poświęca się dużo czasu i emocji ma jeszcze w ogóle jakikolwiek sens. Terapia. To ona, ponad dwa lata temu, stała się moim priorytetem, ale czas już ją zakończyć. Od bardzo dawna utknęłam na etapie milczenia, a przez ostatnie 4 miesiące na terapii byłam tylko raz.

Czuje, że to czas gdy trzeba odpuścić, a z drugiej strony jest mi tak cholernie smutno.

Nie mogę przełamać dystansu i bariery, która jest między mną a moją psycholog. Moje milczenie powoduje jej milczenie, a stres jaki towarzyszy tym podczas ciszy jest niewyobrażalny. Utknęłam, w jakimś dziwnym miejscu, z którego nie mogę się ruszyć.

Mam wrażenie, że im więcej się dzieje tym bardziej nie chcę rozmawiać. Do mojego domu powróć ojciec. Nie na stałe. Na weekendy. Ale widok nietrzeźwych „zwłok zwanych „ojcem” po tak długim czasie nadziei, że to nigdy więcej się już nie powtórzy wywołuje tyle żalu, bólu i złości, że nie chcę nawet o tym rozmawiać, a z psycholog tym bardziej. „Co Pani czuje?” to chyba najbardziej wkurwiające pytanie na terapii, ale cholernie ważne, bo zagnieżdża się gdzieś w głowie i w codziennym życiu staje się normą, pytaniem które zadaje sobie sama w różnych momentach, a którego nie potrafiłam zadać sobie nigdy wcześniej. Było co mama czuje, co ojciec czuję, co wszyscy czują. Nigdy nie było miejsca na pytanie samej siebie a co ja czuje. A teraz jest priorytetem.

Nauka myślenia o sobie jako kimś wartym uwagi i najważniejszej istocie w swoim życiu to było coś co pozwoliło uporać się z wieloma problemami. Ale przedemną jeszcze wiele nauki, dużo muszę zrozumieć i jeszcze więcej skbie odpuścić.

Myślę że zmiana terapeuty to dobry pomysł. Tylko jak o tym powiedzieć osobie która pod dwa lata była przy mnie i mnie w najlepszy sposób jaki mogła wspierała. Która chcę mi po prostu pomóc.

Życie bez emocji.

Moim chyba największym problemem na terapii jest mówienie o emocjach. I w moim domu i w dzisiejszych czas, a może bardziej między ludźmi, którymi się otaczam nie ma osoby, która jasno mówiła by o swoich uczuciach. Rozmowy zeszły na bardzo daleki plan, a górę bierze milczenie i złość. I choć cały czas zastanawiam się co zrobić, aby moja terapia była pomocna i choć jestem w niej już ponad 2 lata, to nadal nie potrafię dotrzeć do emocji. Rozmawiam, ale o wydarzeniach. Wypowiadam suche zdania, opowiadając o wydarzeniach mojego życia, ale nie potrafię powiedzieć o tym co czuję czy myślę.

W moim wnętrzu jest wiele smutku i cierpienia. Samotności. Może odcięcie od emocji jest jakąś formą przetrwania i ucieczki od bólu, który przez te wszystkie lata stał się nie znośny. Na wczorajszej terapii padło pytanie dlaczego jestem nieszczęśliwa, ale nie potrafiłam na nie odpowiedzieć, choć wiem dlaczego tak jest. Wiem, że brakuje mi czułości, ludzi, poczucia bycia ważną, zauważoną. I wiem też, że wiele w życiu mam, ale jest coś co przeszkadza mi się tym wszystkim cieszyć. A może to świat i ciągłe uderzenie ze wszystkich stron : doceniaj to co masz, bo masz wiele, nie pozwala mi po prostu przecierpieć tego co boli tam bardzo głęboko.

Powinnam płakać. Moje dzieciństwo to jedna wielka trauma. Coś co stało się kilka miesięcy temu, to coś co powinno mnie złamać i położyć na łopatki. A ja życie, śmieję się i zachowuje się jak by się nic nie stało, choć gdy jestem z dala od ludzi, zamknięta w swoim pokoju to łzy płyną same.

I dopiero teraz zrozumiałam jak prawdzie jest zdanie : „Im bardziej czujesz, tym bardziej zdrowiejesz.”. Przez te wszystkie lata żyjąc w moim domu, nie mogłam czuć, bo gdybym czuła, nie było by mnie na tym świecie już dawno. Ból jaki zadaję rodzic, który jest agresywny, ma problem z alkoholem, z poczuciem własnej wartości i drugi rodzić, który jest podporządkowany pod przemocowca, pakt milczenia i wyobrażenie o tym co by mogło się stać, gdyby ktoś z zewnątrz dowiedział się co działo się w tamtych czasach u mnie w domu, sprawiają nieopisany ból. Mam w głowie to, że moi rodzice tacy po prostu są, ja ich nie zmienię i na pewno mama dała z siebie wszystko co mogła, ale myśli o tym wcale nie sprawiają, że żyje się łatwiej. Może to po prostu ból straty. Straty wizji idealnego ciepła rodzinnego i bliskości. Zgonu wszystkich wyobrażeń o mamie, która rozumie, jest ciepła i wspierająca w taki sposób, w jaki bym chciała (choć wspiera na swój sposób – bardziej w działaniu niż w bliskości). Straty wszystkich nadziei, że ojciec się zmieni, że dom będzie domem, a nie dziwnym zbiegiem okoliczności i ciągłym udawaniem, że nigdy nic złego się między nami nie stało. Paradoks tego wszystkiego jest taki, że nikt nigdy ze sobą nie rozmawiał o tym co ojciec wyprawiał w domu, o strachu, o bólu. I choć ojciec już nie mieszka z nami od kilku lat to „rodzina” dalej jest razem. Brat nad którym znęcał się najbardziej i najokrutniej rozmawia z nim, tak jak by nigdy nic się nie wydarzyło – choć często wspomina w żarta, że pewnie wszystko skończy się tak, że dostanie wpierdol od ojca. Nie potrafię się odnaleźć w tym świecie udawania. Iluzji rodziny.

I choć te wszystkie wydarzenia miele latami w swojej głowie, to nie potrafię tego poukładać, a przez ostatnie wydarzenia w moim życiu czuję, że brakuje już niewiele, aby zwariowała.

Boli. Nie potrafię sobie pomóc. Nie potrafię skorzystać z pomocy, którą oferuję mi psycholog i terapia.

Trudny czas.

Uczę się dostrzegać w tym wszystkim co dzieje się dookoła mnie coś dobrego. Długie zwolnienie lekarskie. Choć na początku się cieszyłam, że odpocznę od pracy, od wyścigu za wynikiem i od ciągłego ciśnienia na wynik to po prawie dwóch miesiącach w domu zaczynam już tęsknić. Oswajam się z myślą, że po tak długim czasie może nie być już dla mnie powrotu, ale jako oficjalny i ambitny myśliciel i rozkminiacz: „a co będzie jeśli…?”. A co będzie jeśli mnie zwolnią. I choć czuję nutkę niepokoju, to wiem że nawet jeśli tak się stanie to nie będę przegraną.

Pamiętam jak zwolnili mnie z poprzedniej pracy. Cieszyłam się jam dziecko! I żałowałam, że ja pierwsza tego nie zrobiłam. Minął jedne miesiąc, wysyłane CV-ki i zero odzewu. Rozpoczął się kolejny i trafiłam do mojej aktualnej pracy.

To moje zwycięstwo. Niezaleznie od tego co będzie dalej, zrobiłam taki krok milowy do przodu i jestem z siebie taka dumna, że nie ma słów które by to wyraziły. Pamiętam siebie z moich lat młodości. W związku z tym co działo się w moim domu byłam bardzo zamknięta w sobie. I oczywiście byłam tym szkolnym odludkiem, który ma swój świat z nikim nie rozmawia i chodzi w trampkach, a jak jakiś chłopak mówił mi cześć to mój pulchny policzek zalewał się pięknym i ognistym rumieńcem. Ja z bardzo głęboką depresją i nie mająca pojęcia kim jestem, nie rozumiejąca swojej burzy emocji. I ja teraz – ambitna, otwarta, wygadana i dążąca do celu. Pracująca w sprzedaży członkostwa do klubu fitness w małej mieścinie z rewelacyjnymi wynikami. Myślę, że każdy kto pracował w sprzedaży wie jakie to trudne zadanie, ale też bardzo intrygujące. I chyba ta adrenalina związana z dążeniem do wyniku, do przekraczania swoich granic i robienia wyników, które wydają się nierealne sprawiła że pracy oddałam całą siebie i…swój czas wolny i wszystko co po za pracą.

I tu popełniłam pierwszy błąd. I jak się z czasem okazało popełniłam ich więcej niż wcześniej się wydawało.

A największym – bycie kapusiem. Wstyd się przyznać, ale w pewnym momencie zgubiłam się w tej relacji z manager. I nie pojęłam, że to mimo wszystko jest osoba decyzyjna i swoją szczerością i zwykłą otwartością mogę za dużo powiedzieć. Przez pewien czas moja firma była dla mnie najważniejsza. Nie potrafiłam zrozumieć jak niektóre osoby, mogą narażać ją aż na takie straty. W pewnym momencie moja relacja z manager zaczęła się po prostu psuć. Coraz rzadziej rozmawiałyśmy, a jedynym tematem, który jeszcze jako tako sprawiał, że rozmowa się utrzymywała dając mi złudne wrażenie, że wszystko jest ok i nic się nie dzieje, była sytuacja w firmie. Moje wyrzuty sumienia są chyba dla mnie największą karą za mój za długi język.

Lecz nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Czego mnie nauczył ten rok w pracy? Nie gadać za dużo, a zanim się cokolwiek powie to zastanowić się czy to co powiem faktycznie coś zmieni, do czego ma doprowadzić i oczywiście co chcę osiągnąć rozmową na ten temat – tylko do kontaktu z daną osobą. Mam ochotę przeprosić te wszystkie osoby, ale wiem że to nic nie zmieni. A relacja z osobą decyzyjną i stanowiskiem wyżej to cholernie skomplikowana sprawa i obydiwe strony muszą być bardzo dojrzałe, aby przetrwać w takiej sytuacji.

I choć temat mojej manager przewija się ostatnio dość często i budzi we mnie bardzo dużo emocji to mimo wszystko cieszę się, że ją poznałam. Mimo wszystko stała się dla mnie inspiracją – ciężką i wytwałą pracą można osiągnąć wszystko. Była pierwszym człowiekiem w moim życiu, który powiedział że jest ze mnie bardzo dumny i bardzo mocno we mnie wierzy to dopiero, gdy przestałam stawiać ja na piedestale idealnej kobiety inspiracji zauważyłam, że te teksty są dość uniwersalne i używane nie tylko w moim kierunku. I choć to naiwne w pewnym momencie poczułam się bardzo wyjątkowa i ważna.

To ona mnie nauczyła sprzedaży. To ona była obok, gdy stawiałam pierwsze kroki jako młody sprzedawca. To ona zainspirowała mnie do tego, aby się rozwijać i po prostu działać. I niezależnie od tego co tak naprawdę myślała, myśli i czuję to ona będzie osobą, która sprawiła że zachciało mi się szukać i poszerzać swoje horyzonty.

Czuję, że wzięłam wszystko co mogłam dobrego. Obiecałam sobie, że jak przestanę się rozwijać w obecnej pracy to znajdę inną, która nauczy mnie kolejnych nowych umiejętności. I może właśnie to tak miało być, może był nam przeznaczony tylko taki krótki czas. Może była właśnie moim drogowskazem wskazujący poprawny kierunek.

Dodatkowo z pracą łączyłam terapię, na której w sumie nie byłam już ponad 2 miesiące. I w związku z nadmiarem wolnego czasu również nad tym głęboko się zastanawiałam. Nie mówię jej o moich prawdziwych emocjach. Relacja z terapeutą jest cholernie trudna. Jest jednostronna. To ja jestem tam ważna. I liczy się tylko to co ja czuję. A o tym najważniejszym przestałam jej mówić. Nie wiem jak to wszystko ująć w słowa. Nie wiem jak jej opowiedzieć o lękach, permanentny smutku i czasem bardzo silnych myślach, złych myślach. To straszne uczucie, gdy szukasz pomocy, odnajdujesz ją o nie potrafisz z niej skorzystać – a przynajmniej bardzo mocno czujesz, że z niej nie korzystasz.

Co będzie dalej.

Kłamstwa, którymi żyjemy.

Nie wiem czy jesteście ksiażkoholikami jak ja i nie wiem czy mieliście już okazję spotkać się z książką o tym samym tytule co mój dzisiejszy wpis.

Ja człowiek szukający odpowiedzi na nurtujące mnie wewnętrznie pytanie: o co w tym wszystkim chodzi, o co chodzi w tych wszystkich relacjach i dlaczego jest tyle ludzi na świecie i potrafią budować związki, mają świetnych przyjaciół i znajomych a ja człowiek z krwi i kości, posiadający dwie ręce, dwie nogi, głowę, tułów, nie odróżniający się od większości niczym szczególnym owych relacji nie posiadam praktycznie w ogóle.

Jakiś czas temu moja psycholog wypowiedziała zdanie, które zapadło mi w pamięci i zaczęło kiełkować po czym chyba nawet i już owocuje. Mianowicie : ” Żyje Pani w wymyślonym świecie.” I choć na początku nie zrozumiałam o co w ogóle jej chodzi wszystko ułożyło się tak, że trafiłam na książkę o jakże wdzięcznym tytule. I jak się okazało było idealnym zwieńczeniem wypowiedzi mojej terapeutki.

Otwiera oczy na to kim są ludzie w moim i nie rzadko w życiu innych. Rola, którą wybraliśmy dla naszego „przyjaciela” i frustracja, która budzi się, gdy okazuje się że owy aktor odbiega swoim postępowaniem od scenariusza.

I trochę było tak z moją manager Kasią, która na dzień dzisiejszy pozostaje tylko moją manager. Ja spragniona bliskości i uczucia że ktoś mnie zauważa i że dla kogoś jestem ważna, wyjątkowa. Potrzeba ciągłego kontaktu rozmów, na różne tematy i oczekiwania, że da mi wszystko to czego w życiu mi brakuje. Troska. Uwaga. Bliskość. I choć nie wiem dlaczego nasza relacja rozpłynęła się w powietrzu i nie pozostał po niej już ślad to wiem, że dobrze się stało.

W moim życiu jakiś czas temu stało się coś bardzo złego. Zagubiona i wystraszona, szukająca wsparcia otrzymałam odpowiedź, że nie wie jak mi pomóc, bo w sumie nie wie jak cała sytuacja wyglądała. I to chyba był pierwszy raz, gdy pękło mi serce. Gdy człowiek, który pojawił się w moim życiu z własnej nieprzymuszonej woli, który mówił, że jestem pierwszym człowiekiem, którego dopuściła tak blisko siebie w całej swojej karierze, ignoruje to co się wydarzyło. Obiecuję, że porozmawiamy osobiście, lecz od tej obietnicy mija już prawie 3 miesiąc. Na początku czułam żal, że zawiodła, że po co pojawiała się w moim życiu, po co się zbliżała, przecież wiedziała, że mam sporo problemów, że w moim życiu dużo się wydarzyło i korzystam z pomocy psychologa. Ale z czasem żal przeszedł. Pokazało mi tylko to, że jestem w stanie sama poradzić, bo siła jest we mnie. To nie ludzie mi ją dają, choć obecność innych bywa pomocna.

Kolejną sytuacją jest moja obecna sytuacja. Od prawie dwóch miesięcy przebywam na L4 w związku z powikłaniami po zapaleniu stawu barkowego. Czy osobę, którą brałam za swojego przyjaciela interesuję to jak się czuje. Nie. Nie odzywa się. Nie piszę. Nie dopytuje. Ja odpuściłam sobie pisanie do niej bo ignoruje mnie od ponad 3 miesięcy. Może to naiwne, że oczekiwałam jakiejkolwiek uwagi z jej strony.

Czasem mam wrażenie, że w moim życiu nic nie dzieję się przez przypadek. I choć po wydarzeniu, które miało miejsce jakiś czas temu uciekłam w pracę i robiłam wszystko, aby uciec od jakiejkolwiek myśli o tym wydarzeniu, to te wszystkie toksyczne uczucia i emocje spowodowały, że i tak wylądowałam w domu na bardzo długi czas i nie mam już gdzie uciekać. Nie mam czym się zająć na siłę, aby tylko o tym nie myśleć.

Boli mnie serce do tej pory od momentu, gdy uświadomiłam sobie, że nie potrafię brać ludzi takimi jacy są, a chcę aby byli tacy jakich ja bym ich chciała. Że oczekuje od nich konkretnych zachowań i nie potrafię w tych wszystkich ludziach dostrzec ich prawdziwych twarzy.

Biorę głęboki oddech i staram się nie znęcać nad sobą za to że tak jest. Biorę głęboki oddech i wierzę mocno, że oczekiwania, któregoś dni przestaną być moim priorytetem. Paradoksem jest to, że to ja całe swoje życie działałam tak, aby zadowolić wszystkich dookoła. Próbuje znaleźć w tym wszystkim odrobinę zrozumienia dla samej siebie. Biorę głęboki oddech i próbuje poznać samą siebie. Tą prawdziwą.

Choć przeraża mnie fakt, że przypisałam konkretne role również moim bliskim. I ciągła frustracja na rodziców bierze się właśnie stąd. Że nie są matką i ojcem takim jakich mam w swoim wymyślonym wewnętrznym świecie. Są matką i ojcem z wadami i zaletami takimi jacy są. Ojciec z problemem alkoholowym, matka z podporządkowaniem pod ojca i jego rozkazy. Akceptacja. Może to jest ratunek dla mojego zranienego serca i wrażliwej duszy.